Jeszcze się nie skończyli
Zmieniony: środa, 25 listopada 2009 13:53 Wpisany przez Administrator wtorek, 07 kwietnia 2009 13:24
W ubiegły weekend Metallica została wprowadzona do Rock n' Roll Hall of Fame. Jak każdy metallikowy news, tak i ten stał się pretekstem do dyskusji, na którym to albumie zespół się skończył, który basista jest najlepszy i dlaczego to Cliff Burton oraz czy Dave Mustaine słusznie jest obrażony na Larsa Ulricha.Oczywiście Metallica zasłużyła na miejsce w galerii sław, jak mało który, a mnie, jako ich fana od ponad 10 lat, te dyskusje raczej bawią, niż denerwują, niemniej postanowiłem odświeżyć sobie wrażenia z najnowszego (złośliwie można napisać: ostatniego, na którym zespół mógł się skończyć) krążka grupy – Death Magnetic, który ukazał się w zeszłym roku.
Pierwsze sekundy: szum płyty w odtwarzaczu i odgłos bijącego serca płynący z głośników. Nowa Metallica właśnie ruszyła, by skopać tyłki, jak zapewne wyraziłby to Lars Ulrich, perkusista zespołu. 75 minut, a tylko dziesięć kawałków – to daje imponującą średnią długość utworu. Przed pierwszym przesłuchaniem obawiałem się, że Death Magnetic podzieli los St. Anger, na którym utwory zwyczajnie się dłużyły i sam zespół po czasie przyznał, że mogły być krótsze. Gdy ucichł ostatni takt My Apocalypse, dziesiątego utworu, wiedziałem już, że nie dłużyzny stanowią problem. Lars opowiadał o nadmiarze bogactwa, jaki powstał podczas nagrywania. I to słychać. Chęć upchania jak największej ilości riffów na płycie sprawia, że niektóre z kawałków brzmią jak nieco na siłę pozlepiane, a jedynym spoiwem jest wokal Hetfielda.”. Ma to miejsce choćby w “The day that never comes”, który stanowi przedziwną hybrydę motywów znanych ze wcześniejszych dokonań grupy – intro z “Sanitarium”, refren rytmem jak żywo przypomina “Fade to black”, a galopująca podwójna stopa w bridge'u kojarzy się od razu z “One”. Czy jednak znaczy to, że album jest do niczego? Nigdy w życiu! Death Magnetic nie jest albumem przełomowym ani drugim Master of Puppets, czego oczekiwali zapewne ortodoksyjni fani. Jest po prostu najlepszym longplayem, jaki mogło obecnie tych czterech 45-latków nagrać. Tylko tyle? Aż tyle! Radość, jaką zespół czerpie ze wspólnego grania aż rozsadza głośniki. Utwory powalają – jeśli nie szybkością i precyzją gitar, to znakomitym groovem i bardzo dobrą grą perkusji. W końcu nie brzmi ona jak walenie łyżką w garnek, mamy efektowne przejścia, a załamania tempa w kawałku “Cyanide” zadowolą najwybredniejsze gusta. “Cyjanek” jest zresztą najbardziej chwytliwym utworem na albumie. Utrzymany w średnim tempie, z fenomenalnym brzmieniem basu (Rob Trujillo!) i energicznie granym refrenem zostaje w głowie już po pierwszym przesłuchaniu. Ciekawostkę stanowi fakt, że zdaniem Larsa jest to... najsłabszy (w znaczeniu: najmniej dynamiczny) kawałek na płycie. Teksty traktują o śmierci w kilkudziesięciu odmianach, co w połączeniu z szybkimi riffami i doskonale do nich dopasowaną sekcją rytmiczną może przypominać momentami album Kill'em All. Za sam “My Apocalypse”, który stanowi bezpretensjonalną młóckę w starym stylu, do ogólnej oceny można dodać jedno oczko. Zmiana producenta na Ricka Rubina i jego zalecenie, by zespół nie bał się inspirować własnymi dokonaniami odniosły skutek. Pomimo zarzutów dotyczących brzmienia albumu, które jest rzekomo zbyt głośne i przez to mało wysublimowane, płyty słucha się świetnie, szczególnie, gdy chce się zdenerwować sąsiadów ; ) Nie jest to jeszcze dzieło, po którym klęka się przed odtwarzaczem, lecz zespół w końcu przebił się przez mur, w który walił głową przez ostatnie lata, a gdy tylko minie migrena – Metallica po raz kolejny wywróci muzyczny światek do góry nogami! (Recenzja w krótszej wersji ukazała się pierwotnie w magazynie studentów Politologii UMCS “Polformance”)
Użytkownicy Online
użytkownicy i 13 gości
Pokaż wszystkich2009 - 2010 © Kampus24.pl Team
